0% prowizji - na zawsze!

UŻYTKOWNICY

Nie zawsze schludnie.

blogi.szafa.pl/ /niedozywiona

luty 29

Filmoteka- Listy do M.

dodane przez: niedozywiona dn. 29-02-2012 r.

Żyjemy w trudnych czasach, gdzie wyjście do kina jest kosztowną rozrywką, do teatru często nieosiągalną, a o operze mało kto słyszał. Często bardziej wartościowe wydaje się siedzenie na ławce z piwem i popalanie papierosów, czemu często towarzyszy słuchanie nielegalnie pobranej muzyki z telefonu. W dobie, kiedy świat się rozwija, Polska stoi na szaryn końcu jakiegokolwiek rozwoju kulturalnego, a wielkim wydarzeniem w sztuce jest przyjazd od czasu do czasu jakiegoś artysty zafascynowanego zaciemnieniem naszego narodu. 

Nic więc dziwnego, że światową sławę, albo renomę, nie tylko w dziedzinie -uogólnijmy- filmu zdobywaja pojedyncze osoby, czy małe projekty, o których w życiu nikt by się nie dowiedział, gdyby nie czyjeś hobbystyczne wyszukiwanie odnoszących za granicami państwa sukcesów Polaków. 

Co robić? Trzeba wyjeżdżać z tego kraju, w którym nawet porządnej komedii nie można nakręcić. Zastanawiam się, gdzie podziały się czasy Killera, Samych swoich, czy nawet Alternatywy 4, bo wydaje się, że z dnia na dzień po prostu wszystko się załamało. Główkując nad tym jakiś czas zaczęłam się przyglądać temu, co się wydarzyło na scenie filmowej naszego kraju- nie chodzi o niskobudżetówki, tylko o filmy pełne splendforu i blasku. 

Kryzys moim zdaniem zaczyna się w momencie, kiedy wyjście do kina staje się dla szarego polaska zarabiającego najniższą pensję niemalże luksusem. Średnio wyjście dwóch osób dorosłych, z popkornem i colą dla każdego to wydatek czasem przekraczający sto złotych, więc przeciętny Kowalski pewnie bywa w kinie rzadziej niż raz na kwartał. Niestety, wiele z nas jest takim przeciętnym Kowalskim, a druga sprawa, że ramówka kin sieciowych nie jest też zbyt rozbudowana, żeby wszystkie potrzeby zaspokoić. 

Stańmy teraz na miejscu producenta. Wiadomo, wkłada kupę kasy w film to chce, żeby chociaż 1/3 w najgorszym przypadku się zwróciła. Zatrudnia się aktorów komediowych, których Kowalski zna od lat, widział w kilkunastu filmach i zaczyna mu się to nudzić. Dlatego producent wpada na pomysł- celebryta, który przyciągnie widza! I kiedy po raz pierwszy taka sztuczka się odbywa Kowalski faktycznie idzie do kina sprawdzić, jak sobie celebrytka znana z tego, że jest znana na ekranie radzi. Okazuje się to trafnym pomysłem, bo mimo nieprzychylnych recencji na film wybiera się więcej osób niż zwykle, bo jest ktoś spoza kręgu. Druga rzecz, że ktoś, kto pół życia spędził na pozowaniu do zdjęć niewiele potrafi wnieść do filmu. Kowalski jest rozczarowany, mówi że wyrzucił pieniądze w błoto- w rzeczywistości trafiły one do wszystkich, którzy zagościli w filmie. 

Schemat się powtarza, tyle tylko, że z każdą produkcją ludzi związanych z jakąkolwiek szkołą teatralną, czy filmową ubywa. Co raz więcej twarzy znanych z gazet i internetu kuszących z równie co oni oryginalnych plakatów i afiszów. I tak powstają gnioty. 

O ile każdego roku powstawał film, który warto było polecić tą serę przerwał nieodwracalnie Job, czyli ostatnia szara komórka. Film, którym zachwyca się do dzisiaj masa młodzieży sprawia, że w głowie zostaje faktycznie tylko jedna szara komórka- o ile w ogóle. Dalej jest tylko gorzej- Tylko mnie kochaj!, które dziwnym trafem przypomina Super tatę z Sandlerem, o Testosteronie i Wyjeździe integracyjnym nie wspomnę. Miałam nadzieję, że z tego letargu i amoku w polskim kinie wybudzi Różyczka. Okazało się, że film chyba zbytnie zmuszał do myślenia i szybko przepadł, podobnie z resztą jak Sala samobójców, która wbrew pozorom jest filmem, który warto zobaczyć nie tylko ze względu na treść, ale również to, co próbuje się zrobić, żeby film wzbogacić wizualnie, bo dla niektórych widok Pałacu Kultury w tle jest wystarczająco ekskluzywny.

I ja, świadoma w pełni wniosków, które kiedyś tam wysnułam czasem zaglądam do polskiego kina, bo być może coś się zmieniło mimo tego, że aktorem może być każda ładna pani i pan z telewizji. Tak jak mówiłam, Różyczka była pierwszym filmem od dawna, który wzbudził we mnie nadzieję i powtórnie zapalił światełko w tunelu. Później były już tylko gnioty i gnioty. Aż tu nagle wczoraj, jakbym była sto lat za Murzynami zaczęłam oglądać Listy do M.

Tak wiem, luty już u schyłku a film dedykowany był raczej na święta, ale nie powstrzymało mnie to przed seansem, chociaż widok spasionego tyłka Karolaka w mikołajowych spodniach mnie odtrącał, a samej jego osoby świetlane czasy minęły wraz z ostatnim odcinkiem serialu 39 i pół. Postacią, która do filmu zaprasza jest też młody Shtur, zapomniałam o Adamczyku i Dygant, a reszta to po prostu aktorzy, których gdzieś się widziało. Ot taka sobie obsada w kolejnym polskim filmie.

Sama konwencja filmu nie jest jakoś specjalnie odkrywcza- losy bohaterów przeplatają się, a oni nie wiedzą, jak bardzo oddziałują na życie osoby, która ich minęła na ulicy chwilę temu. I w sumie od początku łatwo się domyślić, co będzie zwieńczeniem tego filmu- skoro dzień Wigilii to pewnie coś z przebaczeniem, poznając dzieci w domu dziecka możemy się spodziewać masowej adopcji, a słuchając telefonu Doris do radio możemy wysnuć, że z przystojnym radiowcem ją coś połączy. I oczywiście mamy rację. Mimo tego, że film jest dosyć przewidywalny jest bardzo przyjemny. Nie mamy tu super gwiazdorskiej obsady i bardzo dobrze, bo w takich produkcjach każdy z nich stara się zadrzeć nos wyżej od drugiego, a gra już jest mało ważna. Pozwala się to też skupić na samej treści filmu, niewątpliwie mającej walor edukacyjny dla widzów młodszych, dla tych starszych film jest przypomnieniem o tym, co powinno się w życiu liczyć.

Listy do M. są pozbawione w całości tego infantylnego żartu, którym bardzo szczycą się- nie wiedzieć czemu- komedie z Szycem i nową wielką gwiazdą Bochosiewicz. To co sprawia, że ten film jest bardzo wyjątkowy to to, że na początku zastanawiamy się, kto się kryje pod literką M. Magda, Marta, Małgosia? Niestety nie, choć niewątpliwie komedią romantycznych pomyłek film można nazwać. Nie spodziewałam się po tym filmie zbyt wiele, zwłaszcza że był reklamowany co minutę dosłownie wszędzie, a to dobrym znakiem nigdy nie jest. Listy do M. bronią się same, przyjemny lekki film i fakt- lepiej go obejrzeć przed świętami, żeby obudził drzemiącego ducha świąt. Niemniej jednak powiem tyle, że nie żaluję spędzonych przed laptopem chwil, o.

Brak

Komentarze



Możliwość komentowania została wyłączona


jagababa123

jagababa123 napisała:

dodane: 01-03-2012 07:34

mnie się ten film nie podobał. Być może dlatego, że ja lubię jak się leje krew i fabuła jest konkretna, pełna akcji etc. No ale ja tam jestem dziwna ;)
 

warszawa0000

warszawa0000 napisała:

dodane: 29-02-2012 16:13

Kiedy zobaczyłam pierwszy trailer 'Listów do M.' od razu skojarzyłam go z brytyjskim filmem 'Love Actually'. Jak zwykle polscy scenarzyści nie wymyślą niczego nowego, tylko wykorzystują stare, sprawdzone schematy....
 

aceline1

aceline1 napisała:

dodane: 29-02-2012 14:32

Ja oglądałam "Listy" w kinie i bardzo mi się podobał ten film. Chyba jeden z lepszych polskich, jeśli chodzi o komedie romantyczne. Podobało mi się to przesłanie, tak jak napisałaś, przypomina, co jest ważne. Naprawdę polecam!
 

czandela

czandela napisała:

dodane: 29-02-2012 14:08

A ja obejrzałam go wczoraj i też jestem nim zachwycona:)
 

Wyszukiwarka

UŻYTKOWNICY

Szukaj:

RSS

Dodaj do ulubionych

O blogu

Hm, nie wiem. Nie wiem, blogu, jaki będziesz więc nie każ mi się opisywać.

O mnie

niedozywiona

Na szafie od: 06-04-2011

Obserwuj

Czasem chciałabym mieć tak poukładane w głowie, jak mam poukładane w szafie.

Obserwują blog
Mezatka
letasha151
kamiqa
natis_1
Deamonite
corleona
J_R_
Kates1985
Nihil
ivaa15
xedin16
Lajla18
marti93
edytka137
alexis24
julianna_89
kaaaami
AnanasowAaa
xniunka
Anastazja30
pokaż więcej

Podaj powód zgłoszenia:


Zamknij
0